Mount Meru
Mount Meru to najbardziej wyrazisty element krajobrazu Parku Narodowego Arusha. Wznosi się na wysokość 4 566 m n.p.m. Ten uśpiony wulkan był niegdyś niemal tak potężny jak Kilimandżaro, ale erupcja sprzed około 8 000 lat zniszczyła jego wierzchołek, pozostawiając na szczycie majestatycznej góry imponujący krater o szerokości 5 km.
Mount Meru jest mniej znane niż potężne Kilimandżaro, ale samo w sobie daje wspinaczom znakomity trekking. Wejście na Meru często uznaje się za bardziej techniczne niż wejście na Kilimandżaro; niektórzy twierdzą nawet, że zdobycie szczytu Meru bywa trudniejsze.
Wejście na Meru można zrealizować w 3 lub 4 dni, podczas gdy na Kilimandżaro potrzeba zwykle około tygodnia. Dlatego osoby mające mniej czasu powinny rozważyć wejście na Mount Meru. Część wspinaczy wchodzi na Meru przed próbą zdobycia Kilimandżaro, aby wcześniej rozpocząć aklimatyzację – to rozsądny sposób przygotowania organizmu do dużej wysokości. Inni, bardziej świadomi podróżnicy, chcą połączyć piesze safari w Parku Narodowym Arusha z górskim trekkingiem, co jest możliwe właśnie podczas wyprawy na Mount Meru. Niezależnie od powodu, wejście na Mount Meru to niezwykła wyprawa dostępna tylko w Tanzanii.
Relacja z wyprawy na Mount Meru
Dzień 1: od Momella Gate do Miriakamba Huts (10 km, wysokość: 2 514 m n.p.m.)
Nasz niewielki zespół dotarł do Momella Gate w Parku Narodowym Arusha tuż przed lunchem. Zjedliśmy przygotowane wcześniej posiłki i czekaliśmy na przydzielenie rangera.
Każdej grupie wspinaczkowej musi towarzyszyć uzbrojony ranger parkowy, ponieważ znaczna część trasy prowadzi przez siedliska dzikich zwierząt
Tutaj wpisaliśmy się również do oficjalnego rejestru, a ja z dumą złożyłam podpis jako prawdziwa wspinaczka na Meru. Wkrótce nasz zespół rozpoczął 10-kilometrową wędrówkę przez wyżynne partie Parku Narodowego Arusha.
Najpierw szliśmy drogą, aż dotarliśmy do Strangling Arch. To imponujące drzewo tworzy pośrodku naturalny łuk, tak duży, że mały samochód mógłby przejechać przez niego na wprost. Jest to świetne miejsce na zdjęcia przy tym osobliwym tworze natury. Za Strangling Arch zeszliśmy z drogi na wąską leśną ścieżkę i właśnie wtedy poczułam, że nasz górski trekking naprawdę się rozpoczął.
Wędrówka w cieniu drzew była odświeżająca, a przy tym ciekawa – widzieliśmy wiele ptaków, w tym turako, oraz kilka gatunków małp: gerezy i koczkodany niebieskie. Nasz ranger wypatrzył gazelę skaczącą między drzewami, a ja zauważyłam także dikdika. Szło się przyjemnie, choć dopóki nie wyszliśmy z lasu, nie miałam wrażenia, że nabieramy wysokości. Mimo że podejście nie wydawało się fizycznie szczególnie odczuwalne, po wyjściu na trawiaste wyżyny otworzył się przed nami spektakularny widok na Park Narodowy Arusha. Dopiero patrząc z góry, zrozumiałam, że rzeczywiście jesteśmy już wyżej i blisko obozu.
Do Miriakama Huts dotarliśmy wczesnym wieczorem. Długie schroniska w stylu dormitoriów były przygotowane: czekały czyste prycze i zamykane drzwi, dające prywatność oraz poczucie bezpieczeństwa. W pobliżu znajdują się łazienki, a dla wygody wędrowców zamontowano także oświetlenie solarne.
Nie da się jednak zapomnieć, że wciąż jesteś wśród dzikiej przyrody Afryki. Tej nocy, gdy wszyscy byliśmy już bezpiecznie w pokojach, na środek obozu wszedł bawół afrykański. Widok tak potężnego dzikiego zwierzęcia pasącego się zaledwie kilka metrów dalej był naprawdę poruszający.
Dzień 2: od Miriakamba Huts do Saddle Hut (5 km, wysokość: 3 570 m n.p.m.)
Obudziłam się wcześnie i poszłam na taras widokowy położony tuż za jadalnią. Po kilku stopniach dotarłam na platformę, z której widać było Park Narodowy Arusha i dalszy horyzont. Panorama była naprawdę zachwycająca: różowo-fioletowy wschód słońca nad linią drzew, a nad złotymi chmurami majestatycznie wynurzało się Kilimandżaro. Podczas wejścia na Mount Meru warto wstać wcześnie w Miriakamba Huts, żeby zobaczyć ten wschód słońca – to jeden z najpiękniejszych poranków, jakich doświadczyłam.
Po solidnym śniadaniu nasz zespół był gotowy do drogi. Drugi dzień jest krótszy, ale bardziej stromy i wymaga więcej energii niż poprzedni. Warto wyjść wcześnie, ponieważ następnego dnia czeka nocne podejście.
+ Jeśli możesz, unikaj kofeiny. Dzięki temu łatwiej będzie później zdrzemnąć się w ciągu dnia.
+ Pamiętaj o ochronie przeciwsłonecznej. Na wysokości może być chłodniej, ale słońce w górach nadal działa mocno.
Cała trasa była malownicza i bardzo zróżnicowana: z lasu górskiego przeszliśmy na suche, trawiaste tereny powyżej linii drzew. Rośliny wysokogórskie i rzadkie ptaki skutecznie odwracały uwagę od zmęczenia, więc do Saddle Hut dotarłam bez większego wyczerpania. Przybyliśmy na czas na gorący lunch, a po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na Little Meru. Ten krótki trekking aklimatyzacyjny jest ważny, ale sam widok ze szczytu Little Meru również był wart wysiłku. Zobaczyliśmy fragment trasy, która czekała nas później. Dobrze było obejrzeć ją za dnia, bo nocą mieliśmy iść po ciemku i bez tej samej perspektywy.
Dzień 3: z Saddle Hut na szczyt Meru (9 km / 18 km w obie strony, wysokość: 4 565 m n.p.m.)
Obudziliśmy się krótko po północy i zjedliśmy dużą przekąskę przed podejściem. Byłam tak podekscytowana, że pobudka i ruszenie w drogę o tej godzinie nie sprawiły mi trudności. Przy Saddle Hut było znacznie chłodniej, więc gdy zaczęliśmy iść w stronę ostatniego szczytu, byłam wdzięczna za każdą warstwę ubrania. Pierwszy etap, do Rhino Point, był łatwy, a kości rzadkiego nosorożca znajdujące się na tej wysokości przyciągały uwagę. Dalej teren stał się skalisty, z dużymi głazami, i wkrótce dotarliśmy do kolejnego punktu: The Chains. Ten odcinek podejścia jest wyjątkowo stromy, dlatego dla bezpieczeństwa w skale zamocowano serię łańcuchów. Wspinacze trzymają się ich dla stabilności podczas przejścia. Daje to też przedsmak technicznej wspinaczki, co było ekscytujące.
Za łańcuchami weszliśmy na wulkaniczny piasek. W tym miejscu ogromnie doceniłam kijki trekkingowe – podłoże było śliskie, a kijki pomagały mi nie zsuwać się z powrotem po kilku dopiero co zrobionych krokach. Przejście przez czarny piasek okazało się dla mnie najbardziej męczącym fragmentem całej trasy. Na szczęście było ciemno i cicho, więc mogłam iść powoli, metodycznie, krok za krokiem.
Gdy niebo zaczęło jaśnieć, dotarliśmy na krawędź krateru. Po lewej stronie majaczył już ostry, imponujący spadek, a niżej widoczny był zarys Ash Cone – przypomnienie, że Mount Meru jest uśpionym wulkanem, zachowującym ślady dawnych erupcji. Wielkie wierzchołki przed nami stawały się z każdą minutą coraz wyraźniejsze, a każdy kolejny krok był zapowiedzią, że zbliżamy się do celu.
Po 45 minutach wspinania się po głazach i pokonywania kolejnych niewielkich wierzchołków zobaczyliśmy przed sobą flagę Tanzanii. Wtedy wiedziałam, że wreszcie jesteśmy na szczycie. Ten widok dodał mi sił i szłam dalej, aż dotarłam do tablicy: „Mt Meru, piąta najwyższa góra Afryki”. Trudno opisać to uczucie.
Zdążyliśmy na wschód słońca i był to widok monumentalny. Słońce rozświetliło całą górę oraz krajobraz poza nią, a chmury zapłonęły barwami świtu. Przed nami potężnie stało Kilimandżaro, tak blisko, że niemal można było wyobrazić sobie wyciągnięcie ręki i dotknięcie jego masywu. Za nami cień Mount Meru kładł się na ziemi, przykrywając krajobraz poniżej i budząc respekt – stałam przecież na samym szczycie tego wielkiego wulkanu.
Zejście z góry za dnia było zupełnie innym przeżyciem. Poczułam przypływ adrenaliny, gdy wracaliśmy przez wulkaniczny popiół – tym razem w dół – i ponownie trzymałam się łańcuchów na stromych skałach.
Wróciliśmy do Saddle Hut i odpoczęliśmy zasłużenie przed pakowaniem oraz zejściem do Miriakamba Hut (5 km). Jeśli twój zespół realizuje 3-dniowy program, w tym miejscu schodzi się już aż do Momella Gate. Byłam wdzięczna za nasz 4. dzień, bo zejście całej długiej trasy jednego dnia byłoby bardzo trudne dla moich zmęczonych kolan.
Dzień 4: od Miriakamba Hut do Momella Gate (5 km, wysokość: 1 387 m n.p.m.)
Miriakamba Huts podczas zejścia wyglądały zupełnie inaczej: nowe grupy wędrowców ruszały pod górę, a my schodziliśmy wśród pięknych widoków. Ten odcinek jest krótszy niż trasa podejścia – ma połowę tamtego dystansu – dzięki czemu zejście jest bardziej urozmaicone.
Wyruszyliśmy rano, z każdym krokiem czując większą lekkość i ciesząc się chłodnym powietrzem w cieniu drzew. Zgodnie uznaliśmy, że najciekawszą częścią ostatniego dnia była wędrówka do wodospadu Tulusia oraz piesze safari.
W tym miejscu trzeba iść blisko uzbrojonego rangera, ponieważ istnieje duża szansa spotkania bawołów afrykańskich. Bezpiecznie minęliśmy stado tych pięknych zwierząt pasących się na podmokłych terenach. Patrzyły na nas podejrzliwie i nawet pozowały do kilku świetnych zdjęć, ale nie podeszły bliżej. W oddali widzieliśmy kilka żyraf spokojnie jedzących liście akacji oraz maszerujące razem stado zebr. Przy wodospadzie Tulusia odpoczęliśmy przez kilka minut w chłodnej mgiełce potężnego wodospadu i wróciliśmy myślami do wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie 4 dni.
Gdy opuściliśmy wodospad i zbliżaliśmy się do naszego celu, Momella Gate, natknęliśmy się na małą żyrafę śpiącą w cieniu. Obudziła się i z ciekawością spojrzała na nasz zespół. Wszyscy poczuliśmy, jak szczególnym przywilejem jest poznawanie tej części Afryki z tak bliska. Tylko trekking na Mount Meru pozwala wejść tak głęboko w krajobraz Parku Narodowego Arusha: wędrować po wulkanie, fotografować zapierające dech w piersiach scenerie i spotykać niezwykłe dzikie zwierzęta Afryki.
To było idealne zakończenie znakomitego wejścia.
Uwagi o wejściu na Mount Meru
Rangerzy
Rangerzy są wymagani podczas większości wejść górskich w Tanzanii. Zespoły poruszają się po parkach narodowych, w których żyją prawdziwe dzikie zwierzęta – to duże przeżycie, ale trzeba też brać pod uwagę ryzyko. Dlatego każdej grupie wspinaczkowej przydziela się uzbrojonego rangera parkowego. Nasz ranger, Julius, był częścią zespołu i przez całą wyprawę stał się kimś bliskim. Pomógł nawet nieść plecak zmęczonemu uczestnikowi i dodawał mi otuchy, gdy opadałam z sił.
Na szczęście podczas trekkingu nie natrafiliśmy na żadne niebezpieczne zwierzęta. Ostatniego dnia zobaczyliśmy z bezpiecznej odległości stado bawołów afrykańskich, ale sama obecność rangera dawała poczucie bezpieczeństwa na wypadek, gdyby był potrzebny.
Przewodnik
Na Mount Meru można wejść wyłącznie z wykwalifikowanym przewodnikiem. Ostatni etap na szczyt odbywa się nocą, więc samodzielne odnalezienie drogi w ciemności byłoby bardzo trudne. Część podejścia prowadzi po łańcuchach przymocowanych do ściany góry – taki techniczny fragment należy pokonywać pod opieką prawdziwego przewodnika górskiego.
Schroniska
Podczas wejścia wszystkie zespoły śpią w stałych schroniskach. Pierwsze z nich to Miriakamba Huts (2 514 m n.p.m.), a drugą noc spędza się w Saddle Hut (3 570 m n.p.m.). Są to wygodne miejsca noclegowe z zamykanymi drzwiami, zapewniającymi prywatność i bezpieczeństwo. Schroniska wyposażono w oświetlenie solarne i materace.
Schroniska pomagają chronić środowisko Mount Meru, a jednocześnie dają zespołom dostęp do najważniejszego udogodnienia: wody. Dzięki temu nie trzeba wnosić na górę zapasu wody ani namiotów.
Zespół wspinaczkowy
Twój zespół wspinaczkowy składa się z przewodnika, rangera, kucharza i tragarzy. Kucharz przygotowuje wszystkie posiłki oraz przekąskę na noc szczytową. Tragarze wnoszą wszystko na górę. W Tanzanii obowiązują przepisy chroniące prawa tragarzy; część z nich określa między innymi, że żaden tragarz nie może nieść więcej niż 25 kg. Większość zespołów potrzebuje 2–3 tragarzy na każdego wspinacza. Wynika to z tego, że tragarze wnoszą jedzenie, kuchenkę turystyczną i paliwo, a także bagaż uczestników. Wejście na Mount Meru wymaga niemal zawsze mniejszej liczby tragarzy niż wejście na Kilimandżaro, ponieważ nie ma namiotów do spakowania, a sama wyprawa trwa krócej.
Liczba dni
Wejście na Mount Meru można zrealizować w 2 wariantach, choć na górę prowadzi tylko 1 trasa: 3-dniowym albo 4-dniowym. Liczba dni podejścia jest taka sama; różnica pojawia się wyłącznie podczas zejścia. Osoby wybierające program 3-dniowy mają przed sobą bardzo długi dzień schodzenia z całej góry naraz, i to po niewielkiej ilości snu. Może to mocno obciążać kolana i wyczerpać organizm, zwłaszcza po zdobyciu szczytu Mount Meru wczesnym rankiem tego samego dnia.
Program 4-dniowy pozwala natomiast odpocząć dłużej po wejściu na szczyt Mount Meru, a następnie zejść tylko część trasy. Zespoły spędzają dodatkową noc w Miriakamba Huts i kończą zejście następnego ranka w spokojniejszym tempie. Dzięki temu jest też czas na znakomite piesze safari oraz wędrówkę do pięknego wodospadu Tululusia w Parku Narodowym Arusha.
Rekomendujemy trekking 4-dniowy, ponieważ mniej obciąża kolana, rozkłada trasę liczącą ponad 33 km na 2 dni i obejmuje piesze safari o najlepszej porze dnia.
Wszystkie treści Altezza Travel powstają przy udziale ekspertów i po rzetelnym researchu, zgodnie z naszą polityką redakcyjną.
Chcesz dowiedzieć się więcej o wyprawach w Tanzanii?
Skontaktuj się z naszym zespołem. Znamy najważniejsze miejsca w całej Tanzanii. Nasi konsultanci wypraw, pracujący u podnóża Kilimandżaro, chętnie podpowiedzą i pomogą zaplanować podróż dopasowaną do Ciebie.
